słowa

spada pierwszy śnieg, biorę to osobiście i wrzucam do środka siebie, gdzie tlen tylko czeka na wodór. śni mi się podwodne królestwo, gdzie nie rozchodzi się dźwięk, a obraz jest wiecznie rozmyty. ciepło czy zimno, to wszystko zależy. dotykam krawędzi wody, która rozpuszcza skórę i sprawia, że płynie, płynę, płyniemy prosto przed siebie, na południe. zwężam źrenice i żyły, zawężam pole widzenia, jeden krok naraz, i rok za rokiem, aż do końca przestrzeni, tam gdzie czas obiecał się zatrzymać. łamię tę obietnicę na pół. podaję dalej.

wracam do domu po własnych śladach. wiatr wsypuje w oczy zamarznięty piasek erodowanej wciąż uparcie skały czasu. gdzie jest dom, w którym mieszkały słowa? dokąd poszły, kiedy ściany rozebrały się z tapet i przy byle porywie postradały sufit? gdzie mam znaleźć to wykrzyczane kiedyś echo obietnic, które farbowało spojrzenia i skórę na niebiesko; teraz tylko kości i aż do krwi, szaro i biało, i jeszcze tylko czasem faktura przypomina zapomniany kolor.